Wycieczkowo
Sezon to nie tylko wyścigi, chociaż w tym roku tyle ich było, że nie miałem za bardzo czasu na coś luźniejszego. Na szczęście parę razy udało się coś zorganizować. Dwa wypady na Jurę: Jura Maraton z Krakowa do Częstochowy, który organizatorzy odwołali, a myśmy stwierdzili, że tak tego nie zostawimy, a druga wycieczka, to zwiedzanie Dolinek Bolechowickiej i Będkowskiej, Ojcowa i okolic i przejazd przez Olkusz, Ogrodzieniec do Zawiercia na PKP. Pamiętam, że pogoda wtedy była jakaś dziwna, chyba za duszno i przez to 120km czułem bardziej niż te wcześniejsze 200.
Kolejne 2 wypady w Beskidy, każdy dosyć sporą ekipą. Pierwszy z Bielska, przez Szyndzielnię, Brenną do Wisły. Pogoda była wycieczkowa, dobrze, że nie maratonowa ;) Tempo relaksacyjne, super atmosfera. Za tydzień postanowiliśmy wrócić i tym razem jadąc ze Szczyrku na Skrzyczne, dobrze znanym szlakiem na Baranią Górę, po czym przez Stecówkę, Kubalonkę, Kozińce do centrum Wisły. Uphill na Skrzyczne, kto nie chciał to wjechał wyciągiem, trudny szlak na Baranią, jeszcze trudniejszy zjazd. Na Stecówce odpoczynek przy piwie i przepysznym żurku :) Potem niezwykle urokliwy zjazd do Wisły szlakiem przez Kozińce, który kończy się na cmentarzu :) Potem jeszcze tylko kąpiel w rzece i do pociągu z zapasem lodów :)
Był też słynny antybufet. Gril i piwo przy trasie grabkowego maratonu. Dzień wcześniej ścigałem się w desczowej Szczawnicy, więc odpoczynek się należał.
Pod koniec sezonu byłem jeszcze na Uphillu na Stożek którego do zawodów nie mogę zaliczyć, bo byłem w końcowej fazie choroby z zatkanymi zatokami i nosem. Do tego miesiąc nie jeździłem od czasu maratonu w Krynicy. Ale wywiadu udzieliłem do kamery. Potem z Karolem postanowiliśmy pojechacćna Czantorię trasą z maratonu w Istebnej. Warunki całkowicie różniły się od tych na maratonie, słonko, piękne widoki. Na zjeździe z Czantorii Karol glebnął, na szczeście się nie połamał, a siodełku niewiele brakowało ;) Ja tylko 2 razy leżałem niegroźnie w krzakach.
No i została genialna wycieczka na zakończenie sezonu teamu GT Airco. Podjazd na Skrzyczne tym razem od strony Lipowej, potem szlakiem przez Malinowską skałę i w lewo na dół do Radziechów. To była ta prawdziwa trasa, na której Johny Rambo sobie trenuje przed śniadaniem. Wycieczka skończyła się w Żywcu na zasponsorowanej imprezie pod parasolem :) Może trochę nie dopisała ilość osób, ale i tak dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie. Może w przyszłym roku więcej osób będzie chciało się wybrać.






Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna