Another blog in the wall

poniedziałek, sierpnia 06, 2007

Piątek za wcześnie rano - pobudka. Na szczęście dzień wcześniej wszystko spakowałem. Lorzu przyjechał o umówionej godzinie i pojechaliśmy na miejsce spotkania z resztą dwudziestoosobowej ekipy :) Po drodze na Bykowinę zaczął padać deszcz w ilości nie powodującej konsternacji. Na miejscu przywitanie tych co już tam byli ;p Trzeba było iść się przebrać za garaże w normalne ciuchy bo 4h w busie w koszulce kolarskiej nie było moim największym marzeniem :)
Jeszcze tylko odkręcić pedały, co by się rowery do przyczepy ładnie zmieściły, a potem już tylko oczekiwanie na pana kierowcę. Trochę się spóźnił, ale co tam, ważne że przyjechał :) Sprawne załadowanie rowerów do przyczepy i tyłków do busa i wio autostradą do Legnicy, a potem drogą między traktorami i kombajnami do Świeradowa Zdroju. Miasto to opanowane jest przez Niemców. Nie ma tam nic po za domami uzdrowiskowymi, z których chyba tylko oni korzystają. Dopiero teraz buduje się jedyny porządny wyciąg narciarski, który może odmieni los tego miasta i nie zostanie ono włączone do Niemiec.

Na miejscu od razu do pokoju o wymiarach metr na metr, złożyć bika do kupy i na miasto do biura odebrać gratisy :)
Potem postanowiliśmy z Lorzem pojechać coś zjeść. Znaleźliśmy pizzerie, zamówiliśmy po pizzy... i czekaliśmy... czekaliśmy... i tak bez końca. Po godzinie dostaliśmy w końcu to co zamówiliśmy i jeszcze dodatkowe piwo gratis w ramach rekompensaty :D
Następnym punktem było zwiedzenie trasy. Była już całkowicie oznakowana. Dużo asfaltu na początek. Po jakichś 10 kilometrach postanowiliśmy z niej zjechać i super leśną ścieżką podjechaliśmy prosto pod nasz "ośrodek" :) W tym miejscu wyrażę swój zachwyt tymi górami. Są doskonale przystosowane do wszelakiej rowerowej turystyki. Ścieżki, ich nachylenie, liczebność stanowią o tym, że świetnie się po nich jeździ. Nie kończą się krzaczorami jak to często bywa w Beskidach, a górskie szlaki nie są pokryte nieskończoną ilością wielkich kamieni.
Ostatnim punktem wieczoru było ognisko z piwkiem :) Dopiero wtedy około 21 dotarli Paweł Cz. z Tomkiem B. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, potem prysznic, flaszka... wody przed snem i dobranoc.



D-Day - pobudka o normalnej porze. Jeszcze nigdy tak późno nie wstałem przed maratonem. Chyba zaczne na każdy jeździć dzień wcześniej, jest to o wiele wygodniejsze. Biuro już załatwione, więc wystarczyło tylko nalać Gatorade do bidonu. Na starcie stałem zaraz obok takich gwiazd jak pijak Jakub Lortz, szef Marcin Haiski (podziękowania za organizację), czy też aktorka z "Na Wspólnej" Joanna Jabłczyńska. Było to dosyć daleko od linii startu, jak zwykle :)
Poszło, pierwszy podjazd asfaltowy, nie dla mnie, bo żeby wyprzedzać trzeba było jechać poboczem :) Zakręt w prawo w las. Myślałem, że większe korki tam będą. Wkrótce pierwszy mniej równy zjazd i już pełno osób po krzakach wymienia dętki. W Czerniawie tłumy piszczących nastolatek po czym w miarę szybki powrót do Świeradowa przez jedyny techniczny odcinek na trasie. Ścieżka wijąca się w dół przez las, na której na szczęście jeszcze raz się pojawimy zjeżdżając już na metę. Po przejechaniu przez centrum rozpoczął się podjazd który nie chciał się zakończyć. Najpierw krótkie podejście, potem trochę po kamieniach, a dalej już niestety asfalt... na samą górę. Po drodze jeszcze tylko szybki bufet z wodą i bananem. Kiedy się ten asfalt skończy... coś nie chce za bardzo... jadę i jadę. Na szczęście udało się wjechać bez większego przeklinania, a to co czekało warte było wjechania nawet po asfalcie. Najpierw parę kilometrów szutru 50 km/h, a później trochę asfaltu 65 km/h. Jeszcze mała atrakcja w postaci mostu, którego nie było. Na Intelu trasa prowadziłaby przez rzekę :) Tu.. przez prowizoryczny mostek na który trzeba było wejść. Do drugiego bufetu to już tylko szuter trochę pod górkę, trochę z. Po drodze nie wytrzymałem i musiałem się zatrzymać na szybką toaletę. Za drugim bufetem kolejny świetny mega długi zjazd. I znowu dużo osób łatających koła, i całkiem sporo bidonów na trasie :) Tym razem ręce nawet mnie nie zaczęły boleć jak to było w Zawoji. Po zjeździe już tylko asfalt z przerwą na tą krętą ścieżkę. Tyle że asfalt do góry. Już mi się nie chciało, czułem, że za chwile mogą mnie skurcze złapać. Tak się nie stało i szczęśliwie dojechałem do mety nie zaliczając siana na zakręcie jak niektórzy :D
PS. Jestem na tym zdjęciu :D


Wyniki w kategorii K2 nie powinny nikogo zdziwić :)

Maraton bez przygód, łańcuch się nie zerwał, bidonu nie zgubiłem, napęd chodził bardzo dobrze, nic nie przeskakiwało :) Teraz tylko czekać na znajomych. Najpierw dokulał się Młody z niezłym czasem, potem spotkałem Haro, który niestety 2 pany złapał. Poszedłem jeszcze na ryż. Potem pojawił się Adam i siedzieliśmy sobie wszyscy na trawie :) W końcu Lorzu przyjechał. Jeszcze trochę posiedzieliśmy i pojawił się Tomek, który pokonał Giga. W końcu zebraliśmy się do busa. Prysznic, świeże ciuchy i powrót do miasteczka. Piwo, zapiekanka, kolejne piwo i trzeba było wracać, pakować rowery i w drogę. Podróż powrotna przegadana o wrażeniach z maratonu i nartach. Pod koniec senna, ale nie ma się co dziwić, to już była prawie 23:00 :) Na Bykowinie pożegnanie i transport do domu (dzięki Lorzu).

Najlepsze miejsce w sezonie :) 139 open, 66 w M2 z czasem 2:28. Powoli się rozkręcam.

Wypad udany, było na prawdę świetnie, czekamy już wszyscy na Przesiekę, która za niecałe 2 tygodnie :) Peace.


Komentarze (2):

  • 06 sierpnia, 2007 22:39 , Anonymous Anonimowy pisze...

    aha
    ze niby tam na tym zdjeciu z K2 to ktos znany jest??
    daj jakas legende dla ludzi nie w temacie;);];p

     
  • 08 sierpnia, 2007 19:49 , Blogger Voytas pisze...

    Maja Włoszczowska, Ania Szafraniec i Magda Sadłecka, trzy kobity co wymiatają na krajowym podwórku MTB już od wielu lat :)

     

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna